Olbrzym niewielkiego wzrostu

Olbrzym niewielkiego wzrostu

W 1121 roku przed naszą erą lud Liu, żyjący w zachodniej części Chin, posłał cesarzowi Wu Wang psa o imieniu Ngao. Był on podobno wysoki na cztery stopy i wytresowano go do polowania na ludzi wszystkich kolorów skóry. Wszyscy hodowcy mastifów tybetańskich dają słowo, że to pierwsza konkretna wzmianka o ich ulubionej rasie – bagatela, sprzed ponad 3 tysięcy lat. Gdyby tak było, mastif tybetański byłby najstarszym psem na świecie!

Jeśli nawet nie uznać tej – nieco naciąganej – daty, to niewiele później pojawia się cała masa przekazów, których pewności nie sposób już zaprzeczyć. Ktesias, Grek żyjący w latach 416-399 pne., pełniący na dworze perskim funkcje lekarza, opisuje baśniowe zwierzę, czarnego na wpół psa, na wpół ptaka, który strzegł górskiego szczytu. Jeśli dziwoląga tego „obrać” z piór, to reszta opisu dość dobrze pasuje do mastifa tybetańskiego, wspomniano nawet o rudobrązowych znaczeniach na klatce piersiowej i łapach. Jeśli nawet nie zgodzimy się na bajkę Ktesiasa, to w kilkadziesiąt lat później nie możemy już mieć wątpliwości. Arystoteles i Megastenes (327 pne.) opisują „psy indyjskie”; duże zwierzęta o mocnej kości, dużej głowie, szerokiej kufie i obwisłych uszach, jednak ten opis znacznie bardziej pasuje do mastifa tybetańskiego niż do indyjskich kundli. Na podstawie badań językoznawców zakłada się, że wspomniane przez pisarzy antycznych duże, mocne i niezwykle ostre „psy indyjskie” były właśnie psami z Tybetu, które przywędrowały do Persów i Asyryjczyków.
Na następną wzmiankę o tak starożytnej rasie musimy poczekać jeszcze półtora tysiąca lat i zawdzięczamy ją Marco Polo (1254-1324), który w roku 1271 przemierzywszy całą Azje Środkową dotarł do Pekinu. Jego doniesienia o psach Tybetu są niezwykle często przytaczane – w tłumaczeniu brzmiałoby to tak: „Muszę także powiedzieć, że w tym kraju (Tybecie) żyje wiele zwierząt, które dostarczają piżma. Lud tego kraju posiada dużą liczbę potężnych i szlachetnych psów, które oddają duże usługi przy łapaniu piżmowców (…) Trzymają oni dogi tak duże jak osioł, które doskonałe są do polowania na dzikie zwierzęta, a także dzikie woły”. Pech jednak polega na tym, że Marco Polo w Tybecie nie był i powtarzał tylko, to co mu opowiedzieli przewodnicy … Na swe prawdziwe odkrycie przez kynologie europejską mastif tybetański czekał jeszcze kolejne kilkaset lat – gdy Europa znów odkryła Azję.
W 1800 roku emerytowany pułkownik brytyjski Samuel Turner na zlecenie Kompanii Wschodnioindyjskiej przemierzał z wyprawą, na wpół handlową, na wpół szpiegowską, Bhutan w kierunku Tybetu. Na granicy obu regionów napotkał na postoju „tatarskich pasterzy, którzy całe swe życie mieszkają w namiotach zwanych yoortah (czytaj – jurta) i przez całe życie zajmują się wyłącznie przeganianiem stad zwierząt. Ich stada liczą 200 do 300 yaków, które za dnia pasą się swobodnie na górskich łąkach, przed nocą natomiast są zbierane razem i przywiązywane w dwóch rzędach w okolicy namiotów, gdzie pilnują ich olbrzymie tybetańskie psy.
Psy te musiały być rzeczywiście groźne, skoro w innym miejscy swego raportu Turner napisał: „W jednej z biednych tybetańskich wiosek z ciekawości wszedłem między domy, gdzie wszystko wyglądało cicho i spokojnie, jakby uśpione. Podszedłem do kamiennej lepianki, służącej za oborę. Ledwo zbliżyłem się do niej, ku mojemu całkowitemu zaskoczeniu wypadł z niej olbrzymi pies, który – jeśli jego odwaga dorównywała opowieściom i jego rozmiarom – spokojnie mógłby mierzyć się z lwem. Zatrzymał mnie swym głębokim szczekaniem w pewnej odległości od budynku, i byłem ogromnie przejęty, bo przypomniałem sobie wszystko o złośliwości tych psów i wiedziałem, ze są one tylko wtedy odważne, gdy zauważą że człowiek się ich boi, więc zamarłem bez ruchu. Gdybym zaczął uciekać, pies natychmiast rzuciłby się za mną i rozerwał mnie na strzępy. Czekałem zamarły bez ruchu, aż ktoś przyjdzie mi z pomocą. Dopiero po dłuższej chwili zaalarmowany szczekaniem gospodarz wyszedł z domu i pies natychmiast zamilkł, a ja poczułem, że nigdy nie byłem tak bliski śmierci jak przed chwilą.
Wszyscy autorzy, począwszy od Arystotelesa (uważającego, że psy Tybetańczyków powstały ze skrzyżowania tygrysa i psa), aż po Maxa Sibera (1897) opisują mastifa tybetańskiego jako psa złośliwego, dzikiego i nieobliczalnego. Strabon (zmarł w 25 r ne) pisze o Tybetańczykach, że mają oni bardzo odważne psy, które, jeśli raz złapały zębami ofiarę, już jej nie wypuszczą, chyba, że wleje im się do nosa wodę. Wtedy z wściekłości tak przewracają oczami, że zdarzyło się już, że im wypadły (sic!). Jeden z pochwyconych przez takiego psa byków zdechł, zanim udało się go uwolnić. Gratius Falsiscus, Rzymianin, żyjący około połowy II wieku pne, znał przynajmniej ze słyszenia tybetańczyki, i pisał o nich: „Są ludzie, którzy trzymają psy tybetańskie, uosobienie niepohamowanej złości”. Jeszcze groźniej brzmi to w relacji dyplomaty z 1890: „Gdy podróżni w ciągu dnia zbliżają się do wsi, z budynków wychodzą kobiety trzymające mocno psy, i stoją tak, dopóki ci nie opuszczą osady, w przeciwnym wypadku Do-Khyi rozszarpały by i jeźdźców, i konie. W nocy zaś nawet sami wieśniacy nie odważą się opuścić swych domostw, ponieważ dzicy stróże nie tylko zwietrzą, ale i zaatakują natychmiast każdego, kto się pokaże.“. „Do-Khyi” dosłownie oznacza „psa na uwięzi” i nazwa ta często do dziś używana jest w stosunku do mastifów tybetańskich.
Dwudziestowieczni autorzy także nieustannie zapewniają o dzikości mastifów tybetańskich: „Zanim ułożyłam się do snu w rogu kuchni, wyszłam na moment na zewnątrz. Moja gospodyni parokrotnie radziła mi, bym nie schodziła po drabinie na podwórze, bo psy rozszarpią mnie na strzępy.” „Czasami wszystkie środki bezpieczeństwa nie odnosiły pożądanego skutku i psy gryzły, a nawet zabijały ludzi. Podczas ośmiu lat słyszałem o trzech przypadkach, kiedy to jeździec spadł między psy i nie wstał już na nogi. Niebezpieczeństwo to zagraża nie tylko obcym. Dorośli i dzieci mogą zostać poważnie pogryzieni we własnym obozowisku, Według mojego doświadczenia, ugryzienia psów były najczęstszą (po ranach od miecza) przyczyną korzystania z pomocy medycznej”.
Relacje te brzmią wiarygodnie, zwłaszcza że Sven Hedin w swej książce Meine Hunde in Asien (1950) pisał, że w Lhasie i innych miastach psy zjadały umarłych, a dla pobożnego mnicha honorem było zostać pożartym przez takiego psa. Ten sam autor opisuje mastify jako „niesamowite, na wpół dzikie bestie, żyjące głównie z umarłych”.
Przerażające doniesienia sprawiły, że w dużych mastifach tybetańskich widziano nie psy domowe, lecz opętane żądzą mordu bestie rozrywające na strzępy ludzi i zwierzęta. Dlatego też wszyscy byli dość rozczarowani, gdy okazało się, że zachowują się one jak zwykłe psy. A przecież już w 1894 i 95 roku profesor Reull pisał: „Podróżujący w ostatnich czasach twierdza, że opowieści o odwadze i dzikości tych psów są w dużym stopniu przesadzone i nie odpowiadają nawet sile tych psów...”
Mastif tybetański był nie tylko stróżem osiedli ludzkich i stad, lecz używano go również do transportu towarów. Przełęcze i górskie ścieżki są w Tybecie tak wąskie, że bardzo często na zwierzęta juczne nie nadają się ani osły, ani muły i do transportu wykorzystuje się owce, kozy i psy. Hooker, botanik, który w latach 50. XIX stulecia odbył podróż przez Sikkim i Tybet, opisuje właśnie taką karawanę (1897): „Karawany Tybetańczyków maszerują w wielkim porządku, idziemy wśród kóz i owiec, z których każda niesie swoje dwa woreczki soli, a obok z nich z namysłem i spokojem kroczy bardzo potężny mastif tybetański o głowie buldoga, który objuczony jest jak wszystkie zwierzęta…. Objuczony i maszerujący w karawanie wydaje się być nie na swoim miejscu, wie, że za dnia yaki, ani owce czy kozy nie potrzebują jego opieki czy też przewodnictwa, są bowiem całkowicie spokojne; dlatego cierpliwie bierze udział we wspólnej pracy i nosi ciężary jak one, a dopiero w nocy oddaje usługi jako stróż”.
O to, skąd właściwie wziął się mastif tybetański, uczeni spierają się od ponad stu lat. Początkowo twierdzono, że pies ten jest “pra-psem”, najbardziej pierwotną formą dogowatych, która dała początek wszystkim psom dogowatym na całym świecie. Do Europy dogi te miały przywędrować poprzez Greków i Rzymian, którzy mieli wyhodować z nich swe osławione molosy. Problem w tym, że nie znaleziono wizerunków psów dogowatych pochodzących z greckiego czy rzymskiego obszaru kulturowego. Jeśli rzeczywiście przywędrowałaby z Azji (choćby z Aleksandrem Wielkim) aż taka liczba tych psów, by wpłynęło to decydująco na formy rodzime, to w sposób nieunikniony musiałyby także zachować się do dziś ich wizerunki, a tych nie ma.
Wspominany ciągle przez Rzymian “molos”, na którego jako na ogniwo pośrednie pomiędzy dogiem asyryjskim a dzisiejszymi rasami dogowatymi powołują się obrońcy powyższej teorii, nie wykazuje, sadząc po zachowanych rzeźbach i wizerunkach, cech charakterystycznych dla dogowatych. Był to raczej pies pasterski, toteż nie wiadomo, dlaczego wszystkie ciężkie dogi określa się obecnie mianem “molosowatych”.
W 1983 roku „Kennel Gazette” pisze: „Tak zwany mastif tybetański jest zwykłym psem górskim, podobnie jak pies pirenejski czy berneńczyk. Jest to pies do stada, tak jak kuwasz na Węgrzech, pies z Maremmy we Włoszech, karabasz w Turcji, bouvier we Flandrii… Ale w ostatnim stuleciu, nie zważając na zastosowanie i pochodzenie, przyjęło się nazywać każdego dużego psa mastifem. (…) Psy tybetańskie były chyba najsłabiej znaną rasą w chwili uznania ich przez Kennel Club (…) i łatwo o nieporozumienie przy nadawaniu nazwy rasie, tak terier tybetański nigdy nie był i nie będzie terierem, a spaniel tybetański płochaczem“.
Co gorsza i z wielkością mastifa tybetańskiego od dawien dawna były kłopoty. Pies, którego lud Liu podarował cesarzowi Wu Wang miał być wysoki na cztery stopy, a więc 120 cm. Prawdziwość tych danych jest jednak bardzo wątpliwa. Marco Polo pisze o psach tybetańskich, że były „duże jak osły”. Ale osły tybetańskie są wyjątkowo małe! Opinia, że mastif tybetański musi być olbrzymi była jednak tak szeroko rozpowszechniona, że gdy do Europy przybyły pierwsze psy tej rasy, zapanowało ogólne rozczarowanie. W latach 30. dziewiętnastego stulecia para psów z Tybetu została przywieziona do zwierzyńca Tower w Londynie. W roku 1847 lord Hardinge posłał z Indii mastifa tybetańskiego dla królowej Wiktorii, zaś w 1876 książę Walii przywiózł do Londynu dwa psy, które dwukrotnie pokazywał na wystawach, nie użył ich jednak do hodowli, bo – jego zdaniem – “były za małe, żaden z nich nie zbliżył się nawet do yarda wzrostu“. Warto też wspomnieć, że w latach siedemdziesiątych dwudziestego stulecia dokonano swoistej wizji lokalnej, przeglądu psów aspirujących do miana krwiożerczych tybetańskich olbrzymów. Starannie obmierzono 42 lokalne psy (same samce) pracujące przy domostwach Tybetańczyków i cóż się okazało? Średnia wysokość w kłębie okazanych do-khyi była dość wyrównana i mierzyła raptem 66 cm. Największy przedstawiony egzemplarz mierzył 72 cm ! Daleko to do wzrostu osła, co najmniej o 7 centymetrów, bo najmniejszy , nie karłowaty, osioł mierzy w kłębie dumne 80 cm!
Na dodatek spośród 13 najdorodniejszych samców stajacych do tego przeglądu aż jedenaście było kastratami – a biolodzy twierdzą, ze kastracja ma wpływ na rozmiary fizyczne, zwierzęta poddane temu zabiegowi (choćby woły) są generalnie wyższe od nieokaleczonych zwierząt. Tybetańczycy często kastrują swe psy-samce, twierdząc, że psy takie mają mniejszą skłonność do włóczęgostwa, nie oddalają się od stada i lepiej sprawdzają się w roli strażników i obrońców.
Od połowy XIX wieku dogi tybetańskie zaczęto sporadycznie sprowadzać do Europy, przede wszystkim do Anglii, dokąd – poprzez hinduskie kolonie – było im najbliżej. Tutaj psy te stawały się podziwianym obiektem przechwałek wyższych kręgów społeczeństwa lub też dokonywały żywota w ciasnych klatkach ogrodów zoologicznych. Nie dożywały tu najczęściej podeszłego wieku. W owych latach powszechna była opinia, że Do-Khyi trzymany poza swoją ojczyzną bardzo szybko degeneruje się, ponieważ… przystosowany jest do rozrzedzonego górskiego powietrza i źle znosi klimat w krajach niżej położonych. Nikt nawet nie zwrócił uwagi na – znany dziś powszechnie – fakt, że trzymanie psów w klatkach, bez kontaktu z człowiekiem i bez jakiejkolwiek pracy, lub choćby możliwości ruchu bardzo skraca im życie.
Hrabia Bela Szechenyi wybrał się w 1880 roku w podróż do Środkowej Azji i przywiózł z niej trzy psy, kupione w okolicach Lytang i Batung. Psy te, nazwane Diandu, Dianga i Diama, dokonały żywota w ogrodach zoologicznych Berlina i Duesseldorfu. Ówcześni kynolodzy natychmiast zauważyli, że psy hrabiego Szechenyi były dosyć niewielkiego wzrostu, porównywano je raczej z małymi nowofundlandami i jak pisał o nich słynny niemiecki kynolog Beckmann: „Oprócz wymienionego już zakrzywienia ogona… rzucił mi się w oczy niewielki wzrost tych psów”. Beckmann przypuszcza więc, że “opowieści większości podróżników dotyczące rozmiarów tych psów są w wysokim stopniu przesadzone“. Kreitner, towarzysz hrabiego Széchenyi, pisze : „Psy tybetańskie są bardzo podobne do nowofundlandów; ich głowa jest jednak znacznie większa, a rosnąca na karku niczym grzywa sierść nadaje im imponujący, dziki wygląd”. Aby podkreślić imponujący wygląd głowy i grzywy, psom trzymanym na uwięzi z reguły zakładano na szyję obrożę-kryzę zwaną kek hor, zrobioną z długich, farbowanych na czerwono włosów yaka. Między frędzle kryzy dowiązywano biało-czarne „oka”, które w magiczny sposób miały chronić tego, kto je nosi.
Właśnie w Anglii rozpoczęto pierwszą hodowlę tej rasy. Uczyniła to pani Irma Bailey, ktorej dzięki kontaktom ze szlacheckimi rodami Tybetu udało się jej w 1928 roku kupić 5 doskonałych zwierząt. Od 1932 roku jej hodowla prowadzona była przez P. B. Batesa – niestety, od 1945 roku nie ma żadnych danych o ich hodowli, a linia ta wygasła całkowicie. Następni hodowcy rozpoczynali więc od samego początku. Dodatkową trudność sprawiał fakt, że nie można już było sprowadzać psów z samego Tybetu. Po roku 1959 – od rozpoczęcia okupacji Tybetu przez Chiny – pies ten w swojej ojczyźnie praktycznie całkowicie wyginął. W każdym razie nieliczni podróżnicy wpuszczeni do Tybetu niezwykle rzadko spotykają tam duże czarne psy. Pierwsze egzemplarze sprowadzano więc z krajów ościennych z regionów zamieszkałych przez Tybetańczyków – Indii, Nepalu i Bhutanu.
W swej ojczyźnie mastif tybetański był psem zdecydowanie dominującym i zazwyczaj ponoć agresywnym – takie były oczekiwania Tybetańczyków. Zadaniem psów było pilnowanie stad, domów , klasztorów i pałaców. Ważną rolę odgrywa także wygląd zewnętrzny tych psów – ze względów psychologicznych dobry pies stróżujący powinien być duży i silny. Największe wrażenie robią psy czarne, preferowane było zatem umaszczenie czarne podpalane. Psy tej maści najlepiej kryją się w ciemnościach nocy, a dodatkowo mają bowiem nad oczami dwie jasne kropki; wedle pojęć tybetańskich są to dodatkowe oczy, które patrzą, gdy pies śpi. Jednak nie każdy mastif tybetański musiał być czarny. Jeśli wierzyć odnalezionym relacjom z początku wieku, a opublikowanym w „Dog World” z września 1983 roku, „Po północno zachodniej stronie góry Annapurna Gurungowie trzymali psy czarne lub czarne podpalane. Pięć dni jazdy dalej na wschód znaleźć można było psy maści jasnokremowej, złotej lub rudawej. Bardziej na północ, w okolicach Thak Khola nie chciano nawet słyszeć o jasnych i rudych psach, ponieważ jasne łatwo było pomylić z owcami, a rude z szakalami.” Płowozłoty pies wagi siedemdziesięciu kilogramów łatwo mógł skojarzyć się z lwem, przeto nie ma co się dziwić przytoczonej na początku relacji pułkownika Turnera…
Zgodnie z obowiązującym dzisiaj wzorcem FCI pożądana wysokość w kłębie to co najmniej 66 cm przy wadze ciała wynoszącej 55-65 kg. Dzisiejsze Do-Khyi z pewnością nie są więc psami szczególnie wyrośniętymi i – prawdopodobnie – jest to powrót do naturalnej wielkości tych psów. Także nie przejawiają w żadnym wypadku nadmiernej agresywności – kilka pokoleń hodowli zmierzającej do wyeliminowania nadmiernej pobudliwości mastifów tybetańskich dało zadziwiające efekty. Do-Khyi nie gryzą częściej niż inne rasy. Są to psy o mocnej konstrukcji psychicznej, ale nie bywają ślepo agresywne, a wobec swego właściciela i jego rodziny są łagodne, miłe i wręcz przymilne.
W stosunku do obcych są wyraźnie nieufne i absolutnie nieprzekupne, stąd doskonale sprawdzają się w roli psów stróżujących. Jako zwierzęta domowe są dość ciche, ale będą szczekać, gdy zobaczą coś podejrzanego, a podejrzane mogą wydawać się rzeczy całkiem niewinne. Z cała pewnością mastif tybetański nie wpuści i nie wypuści ze swego rewiru obcych, „przytrzymując” ich w miejscu tak długo, aż przyjdzie ktoś z osób należących do rodziny właściciela. Zachowania te są dla mastifa tybetańskiego instynktowne i nie wymagają uczenia. Szkolenie mastifa polega w największym skrócie na ukierunkowaniu jego naturalnych skłonności stróżujących i obronnych, ale nie jest to łatwe zadanie. Do-Khyi albo traktuje wszelkie zadania bardzo poważnie, i wtedy nie przestrzegając jakichkolwiek regulaminów wymyślonych przez ludzi dąży do fizycznego unicestwienia przeciwnika (czytaj – pozoranta), albo też zdaje sobie sprawę z tego, ze wszelkie ćwiczenia są formą zabawy i… odmawia w nich uczestnictwa.
Cechą charakterystyczną dla Do-Khyi pozostaje samowola, a nawet upór. Są to jednak cechy, za które miłośnicy rasy wyjątkowo je cenią, twierdząc, że psy te zachowały wiele z dumnej wyniosłości i niezależności od człowieka, których na próżno by szukać u owczarków. Katharina Linder, niemiecka hodowczyni mastifów tybetańskich, tak pisała o psychice tej rasy: „Czy mastif tybetański doprawdy jest psem nie nadającym się do szkolenia? W rzeczywistości mastify są psami bardzo późno dojrzewającymi. Oznacza to, m.in. że psy te – inaczej niż przedstawiciele większości ras – w wieku około roku, pomimo osiągnięcia dojrzałości płciowej, dalekie są jeszcze od pełni rozwoju fizycznego i psychicznego. Kształtowanie się psa – zarówno psychiczne jak i cielesne – kończy się, w zależności od psa, w wieku od dwóch do czasami nawet czterech lat! Przez ten czas pies wymaga starannego wychowania, opartego na wyrozumiałej cierpliwości i żelaznej konsekwencji (nie należy jednak mylić konsekwencji z siłą, a cierpliwości ze stosowaniem przymusu).
Jeśli w czasie kształtowania się charakteru psa właściciel straci cierpliwość, a ma w pamięci obiegowa opinię, że “takiego psa nie da się wychować” , to skapituluje i rzeczywiście, nie będzie już mógł wychować swojego psa, powiększy jedynie szeregi tych, którzy poddali się zbyt wcześnie.
Mastif tybetański uczy się bardzo szybko, i jeśli czegoś się nauczy – choćby tego, że na polecenie “Do mnie” wcale nie musi się tak spieszyć – przez całe życie będzie usiłował ignorować to polecenie. W efekcie właściciel musi go wołać dwu- lub trzykrotnie, aż pies raczy zareagować. Jako rasa dość samodzielna i z zasady niezbyt chętnie podporządkowująca się człowiekowi, mastif tybetański nieposłuszeństwa uczy się o wiele szybciej niż rasy bardziej poddane człowiekowi.(…) Moje mastify kończyły z powodzeniem kursy ogólnego posłuszeństwa, znają i wykonują wiele komend – ale na mnie spoczywa obowiązek ciągłego ich szkolenia, trenowania z nimi. Wymaga to szczególnej więzi między psem a przewodnikiem. Sprawą o niebagatelnym znaczeniu, zwłaszcza przy rasie tak samodzielnej jak mastif tybetański, są warunki odchowania szczeniąt u hodowcy. Szczenię mastifa, które swe pierwsze dwanaście tygodni spędzi w kojcu, bez kontaktu z człowiekiem lub z bardzo ograniczonym tym kontaktem, będzie się rozwijać inaczej niż szczenię tej samej rasy, które wzrasta w kontakcie ze swym hodowca, nauczyło się od niego zaufania w kontaktach z ludźmi i zasad życia z człowiekiem (zwłaszcza, co szczególnie ważne w późniejszym wychowaniu młodego psa, nauczyło się gotowości do podporządkowania się). Tak prowadzony mastif tybetański naprawdę w późniejszym życiu psychicznie niczym nie różni się od większości dużych, silnych psów.”
Ma jednak kilka cech szczególnych:
Czujny dniem i nocą mastif tybetański ma głos silny i niski, ale nie jest psem szczekliwym. W pielęgnacji łatwy (poza okresem linienia wystarczy przejechać go szczotką raz na kilka, a nawet kilkanaście dni), w jedzeniu niewybredny, z reguły dość zdrowy. Wymagane przez większość krajów FCI badanie zwierząt dopuszczanych do hodowli, czy nie maja dysplazji biodrowej teoretycznie powinno w ciągu kilku pokoleń zlikwidować problem, niestety, liczba psów dotkniętych tym schorzeniem wcale nie zmniejsza się. Źródła amerykańskie alarmują, że mastify tybetańskie (przynajmniej w USA) cierpią na wywinięcie dolnej powieki (entropium i ektropium), mówi się też o częstym PRA, ale brak jakiś dokładniejszych danych o rzeczywistym rozpowszechnieniu tej wady.
Hodowcy i właściciele mastifów tybetańskich, którzy odpowiedzieli na ankietę przeprowadzoną przez niemiecki miesięcznik kynologiczny, podkreślają bezgraniczne oddanie tych psów swemu właścicielowi i jego rodzinie, rozciągające się na życzliwą tolerancję dla wszystkich dobrych znajomych całego domu. Mastif, jak większość dużych ras, nie ma ogromnej potrzeby ruchu, do pełni szczęścia wystarcza mu dom z niewielkim ogrodem do pilnowania.
Osoby obce stanowczo powinny wystrzegać się wchodzenia do domu, w którym mieszka mastif tybetański bez zezwolenia, a jeszcze lepiej asysty, gospodarzy.

Copyrigt for text © by Adam Janowski

Dodaj komentarz