Sheltie to nie bonsai!

Sheltie to nie bonsai!

Dla wielu ludzi sheltie to po prostu zmniejszony collie, coś takiego jak hodowane w doniczkach drzewka bonsai. Niewielki wzrost owczarka szetlandzkiego nasuwa myśl o zabawkach, lalkach, śmiesznych i rozczulających miniaturkach, jakimi bawią się dzieci. Cóż to za upodlenie dla psa, którego przodkowie towarzyszyli Wikingom w łupieżczych wyprawach na podbój świata!
Sheltie nie jest miniaturową, skarłowaciałą odmianą owczarka szkockiego. Pochodzi wprawdzie także ze Szkocji, ale z dość specyficznego jej regionu: Wysp Szetlandzkich, położonych znacznie bliżej Norwegii niż Szkocji właściwej. Nieprzyjemny klimat, ciągłe deszcze i długa morska zima sprawiły, że wszystkie zwierzęta tu żyjące są mniejsze niż ich odpowiedniki bardziej kontynentalne. Takie są tutejsze konie (zwane kucykami szetlandzkimi), które maja od 90 do 110 centymetrów wzrostu, takie są krowy, owce – i psy. Zmniejszenie rozmiarów ciała wynika z przystosowania się zwierząt do niegościnnych warunków środowiska. Tę zasadę potwierdzali też pasterze z Szetlandów, odmawiający sprowadzania psów ze Szkocji, gdyż – jak twierdzili – “duże psy są za wrażliwe na nasz klimat”. (Biolodzy całkiem niedawno opracowali jeszcze jedną teorię, głoszącą, że wszystkie dziko żyjące zwierzęta wyspiarskie są mniejsze od swych lądowych krewniaków – koronnymi przykładami są tu jelenie korsykańskie i tygrysy z Bali. Zwierzęta udomowione miałyby także podlegać tej regule.)
Na dodatek psy pasterskie na wyspach miały do spełnienia jedną funkcję mniej – nie musiały strzec stad przed wilkami czy niedźwiedziami, bo dużych drapieżników nie było tu już pod dawna. Siła psów nie była już potrzebna, stąd mogły być mniejsze niż choćby w nieodległej Szkocji, a niewielkie rozmiary maja jeszcze jedną, niebagatelną zaletę: mniejsze psy mniej jedzą…
Około 700 roku Szetlandy objęli we władanie Wikingowie, Normanowie z terenów dzisiejszej Norwegii. Na wyspach, zwanych przez siebie Hjaltland, zatrzymali się na dłużej, by stąd czynić wyprawy na południe, do Brytanii, Irlandii, a później do Islandii, by w końcu wylądować w Ameryce. Szetlandy były stałą bazą zamorską dla floty Normanów. Na pokładach ich szybkich, groźnych drakkarów płynęły obok wojowników psy – towarzysze polowań, stróże, a czasami nawet i żywy prowiant. Zwierzęta te, zwane “yaki” były krewniakami wielu psów całej północnej półkuli ziemskiej – psów islandzkich, grenlandzkich, norweskich buhundów, a prawdopodobnie i wszystkich łajek myśliwskich. Jednym z potomków psów Wikingów jest i sheltie, choć on najmniej przypomina swych skandynawskich przodków.
Gdy w 1468 roku Norwegowie przekazywali Szetlandy Szkocji (w dość skomplikowany sposób wniosła je we wianie królowi Jakubowi III norweska księżniczka Maregareth), na wyspach był już ukształtowany właściwy tylko tym terenom typ psa. W spadku po psach Wikingów był podobny do szpica, miał krótkie nóżki, duże sterczące uszy i zakręcony w obwarzanek ogon. Nazywano go peerie-dog (z norweskiego piri – mały) albo toonie (“toonies” to zagrody dla owiec wzniesione z odłamków skał). Obydwie nazwy (które dotarły do naszych czasów w formie wyraźnie zanglizowanej) dobrze oddawały zadania tych psów: miał to być niewielki, wytrzymały wszechstronny pies, służący i do pilnowania obejścia, i do zaganiania owiec. Pojawienie się na wyspach Szkotów zmieniło życie mieszkańców i ich „toonies”. Żyjąc dotychczas w wysuniętej prowincji Norwegii Szetlandczycy byli bardziej związani z morzem i kupiectwem. Po objęciu wysp przez poddanych Jakuba III rzadko zaludnione Szetlandy zaroiły się nagle od szkockich górali. Nowi mieszkańcy sprowadzili na wyspy swoje stada owiec i swoje psy pasterskie.
W Szkocji stad pilnował wtedy tzw. working collie, pies podobny bardziej do dzisiejszego border collie niż do słynnej z filmów i książek Lassie. Przez dobre kilkaset lat oba rodzaje psów funkcjonowały na wyspach niezależnie – „toonie” jako wiejski pies domowy, collie jako pomocnik pasterza. Do zmiany tego stanu doszło dopiero w XIX wieku, kiedy na wyspach pojawiły się pierwsze olbrzymie farmy owcze. Do pracy ze stadem liczącym kilkaset sztuk nie wystarczał już mały, szpicopodobny potomek psów Wikingów – a sprowadzany ze Szkocji collie nie wytrzymywał trudnych warunków klimatycznych, jeszcze trudniejszych niż w jego ojczyźnie. Celowe krzyżówki collie z zamieszkującymi wyspy potomkami szpiców miały połączyć najlepsze cechy obu ras. Prawie do końca XIX wieku jedynym kryterium hodowlanym była przydatność psa do pracy – kształty, kolory czy ogólny wygląd psa nie miały znaczenia. Z potomków “nordyckich szpiców” i niewielkich “working collies” powstał owczarek szetlandzki, który jednak nadal zupełnie nie przypominał wyglądem dzisiejszego sheltie.
Na przełomie stuleci jednak – zwłaszcza w Anglii – pojawiło się zainteresowanie kynologią, powstały pierwsze zrzeszenia kynologiczne, opracowywano pierwsze wzorce, zaczynano nowoczesna hodowlę. Naturalną rzeczy koleją na pierwszy ogień poszły rasy rodzime. To, że wśród nich znalazł się i owczarek szetlandzki było raczej kwestia przypadku – oficerowie angielscy (wszak dawno już nie było monarchii szkockiej) wracając do rodzinnych stron chętnie zabierali ze sobą jako pamiątkę z Szetlandów niewielkie, wesołe, miłe pieski. Nie traktowano ich jako reprezentantów jednak określonej rasy, a raczej jako ekstrawagancką pamiątkę z podróży.
Moda na Szkocję, jaka panowała w Wielkiej Brytanii za czasów królowej Wiktorii, sprawiła, że wszystko co szkockie bardzo ceniono w centralnej i południowej Anglii, będącej wówczas niekwestionowanym centrum, narzucającym swe mody i Wyspom, i Europie, i – poprzez kolonie – całemu światu. Na fali tej mody w 1899 roku uruchomiono nawet specjalną linię promową, która dwa razy w tygodniu przywoziła na Szetlandy grupy turystów, spędzających na wyspach weekendy lub wakacje (choć przyznać trzeba, że jest wiele piękniejszych i milszych dla człowieka miejsc). Przyjezdni zachwycali się szetlandzkimi konikami i wiele z nich kupowali do swych domów w Anglii.
Popyt na szetlandzkie kuce sprawił, że handlarze koni oferowali też “prawdziwe szetlandzkie psy”. Ponieważ snobistyczni mieszkańcy miast nie szukali psów pracujących przy owcach, ale chcieli mieć psy niewielkie, śliczne, łagodne i inteligentne – to kiepsko przędący mieszkańcy Szetlandów takie właśnie starali się hodować i sprzedawać. A sprzedawano – jako prawdziwe shetland collies – wszystko, co tylko miało cztery łapy, dwoje uszu i ogon, byle choć z grubsza przypominało psa. Poniewczasie można tylko sadzić, że do pierwotnych psów z Szetlandów dolano krwi rozmaitych niewielkich psów do towarzystwa, by jeszcze bardziej zminiaturyzować “żywe pamiątki”. O udział w tworzeniu sheltie podejrzewane są King Charles Spaniele, szpice miniaturowe i papiliony.
XIX-wieczna moda na “szkockość” zaczęła w Wielkiej Brytanii w początkach kolejnego wieku przygasać. Zainteresowanie psami ze Szkocji pomału spadało, natomiast doszło do sporów miedzy kynologami i hodowcami oraz dostawcami psów. Poszło, rzecz jasna, o pieniądze. Otóż niewielkie psy przywożone z Szetlandów do Anglii sprzedawane były jako „Shetland Collies”, co psuło rynek i – delikatnie mówiąc – budziło niezadowolenie hodowców szkockich owczarków, uważających, że collie może być tylko jeden. Na dodatek ówczesne shelties mało przypominały collie…
Gdy w 1908 roku powstał w miejscowości Lerwick pierwszy klub „Shetland Collie Club”, jego założyciel, Mr. Logie nie ukrywał, że u podstaw jego powstania leży chęć wzięcia w karby dochodowego eksportu tych zwierząt. Klub powstał, założono pierwsze księgi hodowlane, sformułowano pierwszy wzorzec, określający, ze owczarek szetlandzki to w zasadzie każdy miniaturowy pies pasterski. W kilka miesięcy później, w 1909 roku powstał pierwszy klub rasy poza Szetlandami – ale już pod nazwą „Scottish Shetland Sheepdog Club” (miłośnicy collies zwyciężyli!). Przyszło im to o tyle łatwiej, że Mr. Logie wyjechał z Szetlandów, a na Wyspach Brytyjskich hodowlą owczarków szetlandzkich zajmowali się – z małymi wyjątkami – dotychczasowi hodowcy owczarków szkockich. Skoro collies sprzedawały się trudno, a owczarki szetlandzkie nieźle, to spora część hodowców “uzupełniła” swe kojce… Brytyjski Kennel Club zaczął rejestrować szczenięta wyłącznie pod nazwą „Shetland Sheepdog”.
Gdy w przededniu I wojny światowej, w marcu 1914 roku, w Birmingham powstało kolejne stowarzyszenie – „English Shetland Sheepdog Club” (istniejące zresztą do dziś), jego członkowie raźno zabrali się za modernizację wzorca. Wtedy to po raz pierwszy padły sakramentalne słowa „owczarek szetlandzki ma wyglądać jak wystawowy owczarek collie w miniaturze“, w popularnym odbiorze obowiązujące do chwili obecnej.
Osiągnięto to – przynajmniej w części ogólnej – bardzo szybko, w kilkanaście lat, systematycznie krzyżując owczarki szetlandzkie z owczarkami szkockimi. Fachowcy twierdzą, że gdyby starannie policzyć, to w żyłach dzisiejszych wystawowych owczarków szetlandzkich płynie ponad 95% krwi collie! W efekcie z niewielkiego, podobnego do szpica psa wyspiarzy, o szerokiej głowie, rozłożonych lub oklapniętych uszach, i sterczącym szorstkim lub wprost przeciwnie, długim falującym włosie powstał elegancki piesek, bardzo podobny do zminiaturyzowanego collie, ale o wyraźnie innym charakterze!
Warto wspomnieć jeszcze o jednej specyfice sheltie (te nazwę zresztą wprowadzono dopiero w latach trzydziestych XX wieku) – otóż istnieją co najmniej dwa, wyraźnie odmienne typy owczarków szetlandzkich. Typ “brytyjski”, rządzący do niedawna niepodzielnie w Europie i uznany przez FCI oraz typ “amerykański”, odmienny nieco we wzorcu (np. zezwalający na psy minimalnie wyższe, o nieco innym osadzeniu oka, o odrobinę innym zakończeniu kufy). Obydwa typy wywodzą się z tych samych zwierząt, ale Brytyjczycy nastawili się na uzyskanie zwierzęcia jak najbardziej eleganckiego, podczas gdy Amerykanie preferują zwierzęta nieco mocniejsze. W ostatnich latach sędziowie w Europie skłaniają się do opinii, że idealny sheltie powinien być połączeniem obu typów, do czego – na razie – nie chcą się przyznać ani Amerykanie, ani Brytyjczycy.
W USA sheltie należą do najpopularniejszych ras (rocznie jest tam około półtora tysiąca miotów), co zawdzięczają przede wszystkim swemu charakterowi. Owczarek szetlandzki, pomimo swych niewielkich rozmiarów, w żadnym wypadku nie ma cech maluśkich, delikatnych piesków pokojowych. Powinien być to zdrowy, sprawny, pojętny partner człowieka, który doskonale potrafi się dopasować do wszelkich warunków, w jakich przyjdzie mu żyć z człowiekiem. Jest bardzo czujny, pojmuje w lot wszelkie oczekiwania przewodnika, bardzo chętnie poddaje się szkoleniu, podczas którego robi wrażenie, jakby wykonywanie poleceń właściciela i przynoszenie mu radości sprawiało psu prawdziwą przyjemność. Wszyscy, którzy mieli do czynienia z układaniem sheltie podkreślają, że pies ten nie dość, że uczy się szybko, to jeszcze w zasadzie nie zapomina raz opanowanych umiejętności. Może dlatego Wiaczesław Dubrowin, słynny na całym świecie ze swej trupy psów cyrkowych, po 16 latach pracy z pudlami zdecydował się na sheltie, i od 1982 roku występował (głównie w USA) z zespołem 11 owczarków szetlandzkich, dokazujących niezwykłych wprost sztuk. Słynna polska kynolożka, nieżyjąca już niestety prof. Dyakowska z Krakowa, uważała, że sheltie przewyższa inteligencją i zmyślnością wszystkie rasy pasterskie!
Od lat maleńkie sheltie zajmują czołowe miejsca w pokazach i konkursach wyszkolenia, zarówno w agility, jak i w tradycyjnym szkoleniu Psa Towarzyszącego. W Niemczech i w Stanach Zjednoczonych dość często sheltie szkolone są jako psy obronne, przy czym ze względu na rozmiary psa nikt nie może mieć wątpliwości, że jest to tylko zabawa. W Ameryce szetlandy biorą także często udział w konkursach psów pasterskich, o którym to swym pierwotnym przeznaczeniu w Europie zapomniały już dawno. Ale i tu coś się zaczyna zmieniać – Czesi uparcie poddają swe shelties szkoleniom pasterskim oraz poddają je Próbie Instynktu Pasterskiego (PIP).
Umiejętność uczenia się i w zasadzie niekłopotliwy charakter sprawiają, że sheltie jest doskonałym psem dla osoby, która dotychczas nie miała wiele z psami do czynienia. Pamiętać jednak trzeba, że sheltie nie nadaje się dla osób, pragnących w kontaktach z psami zachować wojskowe reguły “rozkaz-wykonanie”. Wrażliwy i łatwo zamykający się w sobie owczarek szetlandzki nie znosi jakiegokolwiek przymusu, zwłaszcza fizycznego, i nie ma mowy o osiągnięciu z nim czegokolwiek ” na siłę”. W ostatnich latach niestety zanika wspaniały charakter dawnych shelties, w których zakochała się prof. Dyakowska – zdarzają się osobniki nerwowe, by nie rzec histeryczne, o co w równym stopniu obwiniać można i hodowców, i właścicieli, często traktujących swe psy niczym cenne figurynki z porcelany i chroniących je przez jakimkolwiek, choćby i wyimaginowanym, zagrożeniem.
Jeśli natomiast postępować z nim łagodnie, sheltie pokocha swego przewodnika, aż do ubóstwienia. Jest to typowy “pies jednego pana”, i ciągła adoracja może być dla właściciela nieco męcząca. Sheltie łaknie ciągłego kontaktu fizycznego z przewodnikiem, i jeśli nie może się do niego dotknąć, to przynajmniej będzie leżał i wpatrywał się w swojego pana z uwielbieniem. Na dodatek są to psy dość powściągliwe w kontaktach z innymi ludźmi i bywają dość wycofane (psy z amerykańskim pochodzeniem okazują to ponoć w mniejszym stopniu).
Łagodność i powściągliwość szetlanda sprawia, że jest to pies absolutnie niekłopotliwy w domu i doskonale nadaje się do trzymania w mieście. Jego potrzeba ruchu wcale nie jest tak duża, jak można by się spodziewać po psie niegdyś zaganiającym owce – choć z drugiej strony sheltie jest psem wytrzymałym, i żaden spacer czy ćwiczenia fizyczne nie są w stanie go solidnie zmęczyć. Prof. Dyakowska pisała niegdyś, że zdarzało jej się, że jej sheltie potrafił wyraźnie schudnąć w czasie jednego forsownego spaceru, ale nadal nie pokazywał zmęczenia… Spacery z sheltie są bardzo przyjemne, bo pies ten trzyma się przewodnika, nigdy nie odbiega za daleko, nie ma instynktu myśliwskiego czy instynktu gonienia i nie wdaje się w awantury z napotkanymi psami czy kotami.
Nie ma niestety, róży bez kolców, i sheltie nie składa się z samych zalet. Wszyscy, nawet najbardziej zakochani w szetlandach właściciele przyznają, że są to psy hałaśliwe, szczekają chętnie i ponad miarę. Cierpliwością, łagodnością i konsekwencją można ponoć wyplenić w nich ten narów, ale jest to zawsze praca zamierzona na kilka lat.
Wiele psów, zwłaszcza z hodowli kontynentalnych, przejawia – zdecydowanie wbrew wzorcowi – nadmierną lękliwość. Cecha ta, rzadsza u psów amerykańskich, teoretycznie dość łatwa jest do wyplenienia, ale hodowla sheltie to wielka niewiadoma. Znaczący udział collie w tworzeniu owczarka szetlandzkiego sprawił, że praktycznie w każdym miocie rodzi się – oby tylko jedno! – szczenię wyraźnie za duże na owczarka szetlandzkiego, a za małe na szkockiego. Sprawia to, m.in., że w hodowli konsekwentnie używa się psów jak najmniejszych, przymykając oko na cechy psychiczne. Wielki to błąd, bo sheltie podbił świat nie tyle swym czarującym wyglądem, lecz przede wszystkim charakterem!
Wbrew pozorom długa, obfita i pełna podszerstka sierść owczarka szetlandzkiego nie jest przesadnie trudna w pielęgnacji. Włos – z wyjątkiem okolic za uszami i pod pachami – nie ma skłonności do filcowania się i wymaga symbolicznego raczej przejechania szczotką raz w tygodniu. Niestety, owczarki szetlandzkie trzymane w sztucznie ogrzewanych mieszkaniach linieją i – co gorsza – bardzo powoli ponownie obrastają włosem.
Jako rasa mająca w sobie, niewielki wprawdzie, procent krwi ras pierwotnych, sheltie jest psem dość zdrowym i niewymagającym. Z drugiej strony udział krwi collie sprawił, że owczarki szetlandzkie cierpią na wszystkie choroby dziedziczne, będące udziałem ich większych krewniaków – CEA, PRA, PRA1. Wedle danych niemieckich około jednej trzeciej wszystkich europejskich sheltie dotkniętych jest chorobami oczu.
I na zakończenie jeszcze jedna – zasadnicza jednak – różnica pomiędzy collie a sheltie: umaszczenie. Owczarki szetlandzkie mogą mieć barwy u collies niedozwolone: mogą być czarne z białymi łatami (niegdyś było to umaszczenie szczególnie cenione!) albo nawet czarne podpalane. Obydwa te umaszczenia są uznawane za wzorcowe, ale niezmiernie rzadkie. Wedle amerykańskiego klubu rasy od ponad pół wieku nie zdarzył się pies black and tan, ale znając przemyślność, a przede wszystkim rozmiary hodowli prowadzonej przez Amerykanów, w ten czy w inny sposób osiągną pojawienie się psów czarnych podpalane. Bądź co bądź, tylko AKC uznaje także białe shelties, choć przyznać trzeba, ze owe „czysto białe” psy maja zawsze kolorowe, normalnie umaszczone głowy. Anglicy, protoplaści rasy, zżymają się na taką wariację barwną, i wzruszają ramionami – któż zrozumie amerykańskich hodowców?

Copyright for text (C) by Adam Janowski

COMMENTS

Dodaj komentarz