Szczekająca odrobina luksusu

Szczekająca odrobina luksusu

Nazwa rasy pochodzi z Chin, z dialektu kantońskiego i oznacza “lwi pies” lub “pies-lew”. Przez setki lat shih-tzu były ulubionymi i dobrze traktowanymi towarzyszami chińskich cesarzy. Przez trwający od stuleci dobór hodowlany i – być może – krzyżówki z innymi rasami, dzisiejsze shih-tzu stworzyli Chińczycy, ale pies ten nie pochodzi z Chin. Jego przodkowie w prostej linii pochodzą z Dachu Świata , z Tybetu. Tutaj, pod szczytami Himalajów, klimat nie jest łaskawy dla ludzi i zwierząt i nikt nie może sobie pozwolić na zbyteczny luksus. A jednak właśnie tutaj powstał ten zachwycający mały piesek, uchodzący dziś właśnie za odrobinę luksusu.
Od najdawniejszych czasów w Tybecie żyły dwie podstawowe rasy psów: potężny mastif tybetański, strzegący domostw, stad i karawan i niewielki piesek domowy (równie bogato owłosiony, co chroniło go przed zimnem), znacznie czujniejszy od groźnych olbrzymów, które alarmował swym szczekaniem przy najmniejszym nieznanym mu szmerze. Ogromne mastify tybetańskie do dziś pracują jako godne zaufania psy stróżujące, zarabiając w ten sposób na swe utrzymanie – niewielkie shih-tzu nie musiały nigdy udowadniać swej pożyteczności. Zawsze były traktowane inaczej niż inne psy. Shih-tzu nie musiały być użyteczne, bo traktowano je jak zwierzęta święte.
Trzymano je w licznych świątyniach jako pieski stróżujące, a w domach wysoko urodzonych były po prostu pieskami do towarzystwa. Tybetańczycy byli przekonani – i wierzą w to ponoć do dziś – że małe „lwie pieski” są wcieleniami dusz zmarłych kapłanów. Na dodatek buddyjskie podania i legendy uczyniły z shih-tzu współtowarzysza i znak Buddy.
Budda Manjusri, bóg nauki i wiedzy, wedle legendy przemierzał cztery kontynenty w postaci zwykłego mnicha. Towarzyszył mu w tej podróży jedynie mały “ha pa” (piesek o krótkich nogach), który w mgnieniu oka potrafił przeistoczyć się z małego pieseczka w potężnego lwa, na którego grzbiecie podróżował Budda. W ten sposób oprócz lwów – których Tybetańczycy na co dzień nie znali – w mitologii lamaickiej powstał “lew symboliczny”, “lew-pies”. Wizerunków owego “psa-lwa Buddy” jest w Tybecie mnóstwo: wyciosanych w kamieniu, odlanych z brązu czy po prostu wyrzeźbionych na kolumnach świątyń. Lamowie twierdzili, że ów lew jest ucieleśnieniem ducha gór, który ponoć potrafi z prędkością myśli przenosić się w czasie i w przestrzeni, być – w zależności od swej woli – widzialnym lub niewidzialnym, i jest w stanie zmniejszać się do wielkości małego psa lub też odwrotnie – lwa nadnaturalnych rozmiarów…

Psy mieszkające w świątyniach uchodziły za symbol owego lwa Buddy, lecz miały też inne jeszcze ponadnaturalne konotacje religijne. Audrey Dabbs, autorka znanej monografii shih-tzu, pisze w swej książce “Shih-tzu, które jak apso jest w Tybecie psem domowym, ma ścisłe związki ze stworzeniem symbolicznym, zwanym Gang Sing albo lwem śnieżnym. Jest to postać z przedbuddyjskiego, a nawet przedlamaickiego systemu wierzeń, w których biały lew Gang Sing był królem zwierząt. Był on na tyle potężny, że jego ryk mógł strącić z nieba wszystkie siedem smoków, sprawujących władze nad światem. Miał trzy niezwykłe cechy: był zdolny do natychmiastowego skoku nie znającego żadnych ograniczeń, mógł przybierać w oka mgnieniu dowolną postać – stać się nawet chmurą czy mgłą, a jego głos poskramiał wszystko na świecie..

Przypuszczalnie stąd wzięła się tendencja do hodowania w świątyniach niewielkich piesków, które miały jak najbardziej przypominać owego lwa (lecz nie takiego, jak lew naprawdę jest, lecz takiego, jakim był w podaniach Tybetu: znacznie bardziej owłosiony, z białymi znaczeniami, z ogonem zawiniętym nad grzbietem. Taki właśnie lew przedstawiany jest na wizerunkach hinduskich i chińskich, które były podstawą wyobrażeń Tybetańczyków…) Najlepsze egzemplarze spośród psów hodowanych w świątyniach Lhassy wybierane były jako trybut – danina składana cesarzowi Chin.

Ponad 3500 kilometrów drogi z Tybetu do Pekinu karawana pokonywała w około 10 miesięcy – w ten sposób zdarzało się, że zwierzęta, które wyjechały z Lhassy jako młode psy, same już miały szczenięta zanim przybyły na dwór cesarski… Otrzymanie „psa-lwa” w prezencie było zaszczytem nawet dla cesarza, bądź co bądź był to niezmiernie rzadki żywy symbol Buddy. Jednocześnie było to symboliczne potwierdzenie cesarskiej boskości, „niebiańskie” zaakceptowanie władzy, który to symbol był w owych latach na dworze chińskim powszechnie czytelny. Na dodatek w zrytualizowanym ceremoniale pałacu shih-tzu był miłą odmianą, wesołym, miłym i inteligentnym towarzyszem, jedynym nie uznającym sformalizowanych reguł kontaktu cesarza ze światem. Nic dziwnego, że bardzo szybko shih-tzu stały się faworytami cesarza…
Nie wiadomo, czy shih-tzu wysyłane były do Pekinu przed 1644 rokiem, kiedy to władzę w Chinach objęła dynastia mandżurska, by w rok później zdobyć Tybet. Kontakty i związki handlowe, częste małżeństwa między możnowładcami obu krajów istniały w każdym razie od wielu, wielu lat, co najmniej od VII wieku. Od czasów Kubłaj Chana (około połowy XIII wieku) Chiny także dostały się w strefę panowania buddyzmu. Pewne jest jednak, że wkrótce po podbiciu Tybetu przez Chińczyków, w 1653 roku, Dalaj Lama musiał wybrać się w podróż hołdowniczą do Pekinu i wziął ze sobą jako podarek dla cesarza kilka „piesków-lwów”. Wiadomo także dokładnie, kiedy po raz ostatni taka żywa przesyłka dotarła do pałacu cesarskiego – w 1908 roku, na kilka miesięcy przed śmiercią cesarzowej Tzu Hsi.
Wielu cesarzy chińskich nie rozstawało się ze swymi niewielkimi czworonożnymi towarzyszami, co z punktu widzenia dworzan miało praktyczne walory: gdy cesarz opuszczał jakieś pomieszczenie, długowłose psiaki biegły przed nim, wesoło szczekając, dając poddanym znak, że czas pochylić się w głębokim ukłonie… Przez wiele pokoleń posiadanie shih-tzu było zastrzeżone wyłącznie dla cesarza, później także i dla tych, których cesarz raczył obdarować pieskiem czy dwoma. Pies taki był oczywistym dowodem sympatii cesarskiej i jego właściciel pokazywał go wszystkim, nosząc (sic!) go ze sobą wszędzie, ukrytego w rękawie powłóczystej szaty. Nic dziwnego, że w takich warunkach najwyżej cenione były pieski jak najmniejsze (i najlżejsze), co osiągnęło swój szczyt w latach panowania Tao Kunga (1821-1851). Shih-tzu zrobiły się tak małe, że przestały się mnożyć, i trzeba było sprowadzić dla władcy kolejną parę normalnej wielkości, wprost z Tybetu… Do podobnej miniaturyzacji dojść miało za czasów ostatniej cesarzowej.
Problemem w poszukiwaniu historii shih-tzu jest także i to, że ani w Chinach, ani w Tybecie nie istniał jakikolwiek wzorzec rasy. W Tybecie trzymano je przy świątyniach, a że inne psy miały tu wstęp wzbroniony, przeto hodowla samorzutnie utrzymywała się w czystości rasy. Chińscy władcy po prostu nakazywali portretować swe ulubione lub swoim zdaniem najpiękniejsze psy, a cesarscy eunuchowie mieli hodować psy dalej, kierując się wskazówkami z owych portretów. Znając umowność wschodniego malarstwa możemy sobie tylko wyobrażać, jak naprawdę wyglądały psy cesarza. Wiadomo jednak, że żaden z nich nie mógł przekroczyć wagi 5,5 kg. Szczególnie ceniono psy płowe („złote”}, bo złoto było kolorem cesarskim, ale szacunkiem cieszyły się też psy kolorowe, z białą pręgą – „świętym znakiem Buddy” – na czole. (Równie wysoko ceniono biały koniuszek ogona). Relacje głoszą, że w Zakazanym Mieście mieszkało w najlepszych dla psów latach do czterystu zwierząt (obok shih-tzu były także pekińczyki i mopsy), a opiekujący się nimi eunuchowie prześcigali się w wysiłkach hodowlanych, by zasłużyć sobie na łaskę cesarza i jego rodziny. Wedle danych, na jakie powołują się miłośnicy rasy, hodowla w pałacu prowadzona była dość rygorystycznie i istniało nawet coś na kształt rysowanych rodowodów poszczególnych psów, ale nigdzie nie udało mi się dotrzeć choćby do wizerunku owych nietypowych drzew genealogicznych. Dlatego też nie sposób znaleźć potwierdzenia dość popularnej teorii, w myśl której shih-tzu są zwierzętami pochodzenia czysto chińskiego, uzyskanymi z połączenia pekińczyków z terierami tybetańskimi.
Poza pałac cesarski czy szerzej – poza Zakazane Miasto – trafiały tylko takie zwierzęta, które już w szczenięctwie zapowiadały się na niezbyt piękne egzemplarze swej rasy i które eunuchowie zdołali wynieść po kryjomu poza obręb domu cesarskiego. Psy te wśród zwykłych mieszkańców Pekinu osiągały zresztą niebotyczne ceny, a trudność w porównaniu ich urody z psami cesarza tylko podnosiła ich wartość.
Ostatni cesarz Chin, Pu Yi, nie był szczególnym miłośnikiem psów, zwłaszcza rodzimych, chińskich ras. Celowa i kontrolowana hodowla takich zwierząt w pałacu cesarskim przestała działać na wiele lat przed wojną i upadkiem Cesarstwa. Wiele zwierząt dostało się w ręce nie tylko Chińczyków, ale i nawet Europejczyków. Mimo to wciąż obowiązywała niepisana acz powszechnie przestrzegana zasada, że żaden żywy pies nie może opuścić granic Cesarstwa, stąd – jeśli z przyczyn politycznych trzeba było ofiarować psa komuś, kto wyjeżdżał z Chin, to – przed ofiarowaniem zwierzęcia dosypywano mu do karmy drobno tłuczonego szkła. Nakarmiony w ten sposób pies w ciągu kilkunastu godzin umierał w straszliwych męczarniach wskutek perforacji jelit.
Ta powszechnie akceptowana reguła była podstawową przeszkodą w zdobyciu przez shih-tzu popularności w Europie w końcu XIX wieku, kiedy to zainteresowanie kynologią, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, przyjęło nieco bardziej zorganizowane formy. Na dodatek – skoro hodowla spoczywała w rękach służby pałacowej, zazdrośnie strzegącej swych tajemnic i nie istniał żaden wzorzec rasy – nie sposób było dojść, czym w zasadzie różnią się od siebie poszczególne chińskie psy pochodzące z Tybetu. Opisywano ich wiele: był i pudel tybetański, i shih tzu kou (mały pies lew), i lhassa terier, i apso, i ha pa lub hapar’rh kou, lecz wszystko to były jedynie nazwy i opisy, żywych zwierząt nie udało się uzyskać aż do lat dwudziestych naszego wieku…
Wtedy to właśnie pułkownik Eric Bailey, angielski attache wojskowy w Sikkhimie, Tybecie i Bhutanie, wrócił po zakończeniu zaszczytnej służby do Wielkiej Brytanii, przywożąc ze sobą sześć – jak mówił – “apso” (pięć złotych i jednego biało-szarego). Po przyjeździe na Wyspy Brytyjskie zajął się ich hodowlą. Z kolei generał Douglas Brownrigg, stacjonujący w północnych Chinach, zdobył w 1927 roku swego pierwszego “tybetańskiego lwiego psa”, czarno-białą suczkę imieniem Ssu-Ssu. Szukając dla niej właściwego partnera zdobył także psa imieniem Hibou, a – będąc już w Anglii, gdzie wrócił w 1930 roku – pozyskał jeszcze suczkę Lung Fu Ssa. Od tej trójki zaczęła się hodowla shih-tzu w Europie, a właściwie na całym świecie (poza Chinami), problem w tym, że nikt o tym nie wiedział!
By zachować rzetelność, wspomnieć tu trzeba o niejakiej pannie Hutchins, która często jest wspominana jako osoba, która pierwsza sprowadziła shih-tzu do Europy. Zajmowała się zresztą nimi jeszcze w Pekinie, gdzie nawet zdarzało się jej pokazywać na wystawach psów kilka shih-tzu, z którymi wróciła do Wielkiej Brytanii. By wyjaśnić wszelkie ewentualne wątpliwości trzeba przyznać, że panna Hutchins przyjechała do Pekinu jako nauczycielka angielskiego, i zakochała się w małych pieskach tak, że po skończeniu swego kontraktu wprost nie chciała wracać do Anglii. Została więc damą do towarzystwa lady Brownrigg, a psy, którymi się z prawdziwym oddaniem zajmowała, stanowiły w większości wspólną własność jej i jej chlebodawczyni…
Wracając jednak do europejskich losów shih-tzu: w początku lat trzydziestych (1933 lub 34) powstał w Anglii klub “Apso i psów-lwów”, który zwierzęta wyhodowane przez lady Brownrigg rejestrował jako apso. Już w 1933 roku wszystkie importowane zwierzęta otrzymały prawo do własnej klasy na wystawie Kennel Clubu – co o mały włos nie stało się przyczyną, drugiej od czasów Troi “wojny o nos”. Otóż pułkownik Bailey, sędziujący na tej wystawie, uznał, że wyłącznie psy z jego hodowli, mające w porównaniu z konkurencją dłuższe nogi i dłuższe nosy, są jedynymi prawdziwymi “Tybetańczykami”. Krótkonożne, z pyskiem przypominającym głowę sowy zwierzęta państwa Brownrigg zdyskredytował, twierdząc, że to „odpady, żałosne efekty uboczne hodowli w pokrewieństwie pekińczyków”. Doszło by do prawdziwej wojny, gdyby nie działacze Kennel Clubu, którzy zaproponowali kompromis, przyjęty przez obu emerytowanych wojskowych z radością: psy generała Brownrigga uznano za reprezentantów innej rasy niż zwierzęta pułkownika Baileya. Wszystkie 18 już zwierząt Brownriggów wyrejestrowano ze spisów apso i wpisano ponownie do ksiąg Kennel Clubu jako shih-tzu. Pan generał wraz z przewodniczącym Kennel Clubu, A. Croxton-Smithem opracowali w 1934 roku wzorzec nowej rasy, obowiązujący zresztą bez zmian przez kolejne pół wieku. W 1949 roku Kennel Club przyznał shih-tzu prawo do uzyskiwania championatów, w USA trwało to prawie 20 lat dłużej. W Stanach Zjednoczonych doszło zresztą do śmiesznego wydarzenia, które naprawdę nie jest żartem – otóż w 1940 roku decyzją AKC wszystkie sprowadzone do tej pory do Ameryki shih-tzu zostały przerejestrowane jako… apso! Na szczęście, decyzja ta została po 4 latach odwołana i przywrócono amerykańskim shih-tzu prawo do „własnej rasy”.
Warto wspomnieć jeszcze o dwóch próbach hodowlanych – jednej udanej, a jednej nie – podjętych w Anglii w latach pięćdziesiątych. Zacznijmy od tej kiepskiej – otóż w 1957 roku jedna z czołowych brytyjskich hodowczyń wpadła na pomysł hodowania miniaturowych shih-tzu, o wadze nie osiągającej 5 kg! Ten szaleńczy pomysł został wkrótce zarzucony pod wpływem wciąż aktywnej lady Brownrigg, która sama hodując niewiele (hodowla „of Taishan”) żelazną dłonią trzymała wszystko, co tyczyło się shih-tzu w Anglii. Nim jednak zrezygnowano z mini shih-tzu, zdołano założyć drugi, konkurencyjny dla dworu lady Brownrigg klub shih-tzu. O absurdalnym pomyśle zapomniano już dawno, ale dwa kluby wciąż funkcjonują…
Drugi pomysł (choć chronologicznie – pierwszy) był mniej poroniony. Otóż w 1951 roku hodowczyni pekińczyków, panna Evans, kupiła sobie suczkę shih-tzu i natychmiast zaczęła narzekać na poziom brytyjskich „szpicaków”. Widziała w nich tak wiele wad (długie głowy, długie kufy, wysokie kończyny), że zaczęła domagać się od Kennel Clubu, by “dla ratowania rasy” pozwolił jej pokryć jej shih-tzu pekińczykiem. Nachodziła działaczy tak długo, że w końcu dopięła swego! Potomstwo tego “mezaliansu” już w czwartym pokoleniu otrzymało dokumenty jako shih-tzu i… ustawiła się po nie kolejka chętnych hodowców (choć wielu innych do końca swych dni unikało jakichkolwiek komeraży z “splamioną pekińczykiem” linią małych kudłatych piesków).
Po obu stronach Atlantyku funkcjonują dwa, nieco odmienne, typy shih-tzu. Zwierzęta angielskie są zazwyczaj mocniejsze i cięższe niż przewiduje to wzorzec, osiągając czasami nawet i ponad 12 kilogramów wagi. Psy amerykańskie (w Europie nazywane także „typem skandynawskim”), początkowo nie znające pekińczyka panny Evans maja wyższe nogi, delikatniejszą kość, węższy korpus, dłuższą szyję i mniejszą głowę (a na dodatek skromniejszy włos) niż psy z kraju, w którym stworzono i zarejestrowano wzorzec. Oczywiście, jak zwykle w takich wypadkach, ideałem hodowców jest połączenie obu tych typów w jednym zwierzęciu..
Jeden z wielbicieli shih-tzu tak poetycko opisał charakter tych psiaków: „Recepta na shih-tzu? Weź odrobinę lwa, kilka łyżeczek do herbaty króliczka, kilka gramów domowego kota, jedną część królewskiego błazna, odrobinę primabaleriny, szczyptę starego Chińczyka, nieco żebraka, łyżeczkę małpy, ciutkę małej foczki, dużą porcję misia-przytulanki, uzupełnij to wszystko psami z Chin i Tybetu”. Nie do końca wiadomo, po co w tym przepisie znalazło się foczątko, ale reszta przynajmniej się zgadza. Każdy, kto ma lub miał z shih-tzu do czynienia, łatwo odkryje w tych psach każdy element owego “przepisu na szicaka”. Jednocześnie jako pies wywodzący się z Tybetu, shih-tzu jest zdrowym, wesołym, żywotnym i długowiecznym pieskiem, którego rozmiary (waga od 4,5 do 8 kg) czynią go wspaniałym kompanem dla mieszkańców miast. Olbrzymiej popularności shih-tzu po obu stronach Atlantyku nie ma się co dziwić – jest to bodaj najsprawniejszy z wszystkich psów ozdobnych i do towarzystwa (nie licząc tybetańskiego spaniela), co potwierdzają coroczne zestawienia uczestników i zwycięzców konkursów agility (shih-tzu, ze względu na swe rozmiary, bierze udział w konkurencji mini agility). Doświadczenie uczy, że shih-tzu uwielbiają długie, nie za szybkie spacery, a – pod warunkiem rozpoczęcia szkolenia dość wcześnie, w wieku 5-6 miesięcy – można nawet wyszkolić je jako psa-towarzysza. Pamiętać tylko trzeba, że shih-tzu daje się doskonale szkolić, ale wymaga cierpliwości i łagodności w uczeniu go – jakikolwiek przymus czy brutalność niweczą wszelkie starania. Psy tej rasy są bystrymi obserwatorami, a że doskonale akceptują inne zwierzęta domowe, przeto dość chętnie podpatrują inne psy w ich umiejętnościach..
W spadku po swych cesarskich przodkach shih-tzu zachował w stosunku do ludzi pewną rezerwę, dość często myloną z nieśmiałością, ale wobec rodziny swego właściciela shih-tzu jest psem serdecznym i nawet dość żywiołowym. Jak wszystkie rasy azjatyckie „pies-lew””jest zwierzęciem zachowującym w domu absolutną czystość, a jego potrzeba ruchu wraz z wiekiem spada. Utrzymywany jednak w dobrej kondycji fizycznej do końca długiego życia (14-16 lat) z przyjemnością bierze udział w zabawach dzieci czy innych psów. Gdyby ślepo wierzyć opartej na amerykańskich badaniach książki „Predysopozycje rasowe do chorób u psów i kotów” shih-tzu mają całą długą listę schorzeń, ku którym są skłonne, zwłaszcza chorób układu krążenia, chorób oka, układu moczowego, i chorób kręgosłupa (dyskopatia). Europejskie shih-tzu widać ulegają innym chorobom, bo błyskawiczna sonda przeprowadzona wśród lekarzy weterynarii w Warszawie i okolicach, lekarzy mających nie od dziś do czynienia z shih-tzu, nie potwierdza szczególnej chorowitości tej rasy, choć niektóre linie wywodzące się z USA trapią schorzenia nerek..
Pielęgnacja włosa shih-tzu jest dość kłopotliwa, gdyż szata wymaga częstego i starannego czesania. Zaniedbana łatwo przyjmuje brud i potrafi się filcować, zwłaszcza pod pachami, w pachwinach i za uszami. Szczególnej troski wymaga też pysk, gdyż długa broda i wąsy bardzo przeszkadzają w jedzeniu i na dobra sprawę powinny być przemyte po każdym posiłku. Zwierzęta wystawowe są stosunkowo często kąpane, przy użyciu najlepszych szamponów i odżywek, a zdarza się też, że i papilotowane. Psy nie wystawowe lub takie, które zakończyły już karierę na ringach, są stosunkowo często strzyżone, co czyni pielęgnację ich szaty zupełnie bezproblemową. Shih-tzu nawet w okresie zmiany włosa raczej sfilcują się niż oblecą z włosa.
Co prawda Stanley Coren w swej książce „Inteligencja psów” umieścił shih-tzu wśród 10 najbardziej hałaśliwych ras, ale trzeba się z tym pogodzić, pamiętając, że jego przodkowie służyli jako „zapalniki” dla mastifów tybetańskich. Decydując się na małego shih-tzu trzeba też pamiętać, że psy te – jak większość ras o skróconym nosie – chrapią i to całkiem donośnie..

Copyright for text © by Adam Janowski

Dodaj komentarz