Czy to BARF, czy nie BARF?

Czy to BARF, czy nie BARF?

BARF traktowany jest jeszcze w Polsce, zwłaszcza w dużych miastach, jako nowość i rewolucyjne podejście do żywienia psów. Tymczasem może dla uznawanego za twórcę BARF pana Billinghursta, kynologa z dalekiej Australii, odżegnanie się od gotowych karm przemysłowych dla psów było nowością, ale dla nas, nad Wisłą, nie. Od lat 50. ubiegłego wieku australijscy, amerykańscy i zachodnioeuropejscy hodowcy stosowali głównie gotowe karmy dla psów. Czynili tak przede wszystkim z wygody, bo przecież karmy przemysłowe od początku XX stulecia produkowano po to, by uprościć żywienie psów (a przy okazji nieco obniżyć jego koszty). Dla nas jednak karmienie naturalne jeszcze niedawno było jedyną możliwą formą – bo do końca lat 80 ubiegłego wieku gotowych karm przemysłowych dla psów po prostu nie było. Karmiliśmy nasze zwierzęta odpadami mięsnymi, kaszą, serem, rybami i warzywami w miarę tego, co udało się dostać w sklepie.
Dlatego może z pewną taką nieufnością podchodzimy do BARF, bo „nie sposób pojąć, czemu to ma być tak nowoczesne i tak skomplikowane”, kiedy praktykowaliśmy to przez wiele, wiele lat.

Opublikowana niedawno (nie wiedzieć czemu w wydawnictwie specjalizujacym sie w tematyce komputerowej) książka p. Małgorzaty Olejnik, niestety, poddaje się także temu spojrzeniu. Przekonana – być może słusznie – o wyższości karmienia „naturalnego” nad „przemysłowym” usiłuje, przepraszam za wyrażenie, zawracać kijem Wisłę. Przecież sukces karm przemysłowych nie wziął się z powietrza, a tylko z tego, że karmienie w ten sposób psów jest tańsze i wygodniejsze niż karmienie naturalne, niezależnie od tego, czy nazwiemy jest BARF czy nie. Jako właściciele psów odeszliśmy od „pra-BARFu” nie dlatego, by przekonały nas argumenty, że żywienie gotową karmą „z worka” było lepsze, a przynajmniej nie tylko dlatego. W naszych warunkach gotowa karma dla psów długo, długo była droższa niż – sztucznie dotowana – żywność dla ludzi.

Dopiero w ostatnich dziesięciu, może kilkunastu latach karma przemysłowa dla psów uchodzi w potocznym odbiorze za ‘lepszą’ od żywienia naturalnego i to oczywiście fałszywe twierdzenie zwalczane jest zazwyczaj wykazywaniem, jak okrutne jest traktowanie zwierząt na których eksperymentuje się ze składami i technologią nowych karm. Tak też robi i Autorka tej książki, powtarzając powszechne argumenty zwolenników BARF czy innego powrotu do natury. Jest tu, niestety, pewien grzech pierworodny argumentacji: nie można udowodnić, że karma jest zła, wiec udowodnimy że jest pozyskiwana z krzywdą dla psów, i zaapelujemy do uczuć wyższych nabywców. No cóż, można i tak, ale zawsze skuteczniejsze jest odwoływanie się do portfela, a nie do sumienia klienta…

Karma przemysłowa, choćby nie wiem jak reklamowana, nigdy nie będzie o niebo lepsza od żywienia ‘naturalnego’, bo też nie takie jest jej zadanie. Ma być NIE GORSZA i to zadanie spełnia z naddatkiem. A że tańsza, to i popularniejsza.
Oczywiście, są karmy przemysłowe jakościowo dużo lepsze od zazwyczaj niezbilansowanego i dość przypadkowego żywienia naturalnego – ale zazwyczaj noszą nazwę diet i są dużo, dużo droższe od średniej. Można to dość łatwo wytłumaczyć analogią do rynku żywności dla ludzi: specjalistyczne potrawy dla cukrzyków czy alergików czy nietolerujących glutenu są apriorycznie droższe niż normalne jedzenie kupowane w sklepie za rogiem, prawda? Z żywnością dla psów jest dość podobnie, by nie rzec tak samo.

Udowodnić, że żywienie karmami przemysłowymi jest zgubne dla naszych czworonogów po prostu jest niemożliwe, bo tak nie jest. Żaden ze zdrowo myślących a odpowiedzialnych producentów karm nie pozwoli sobie na wypuszczenie na rynek jakiegokolwiek produktu przynoszącego znaczącą ujmę na zdrowiu czworonogim konsumentom – bo wrażliwa i bacznie obserwująca rynek konkurencja sprocesowała by go w trzy minuty! Problem tylko w określeniu granicy – czy stosowanie do konserwacji karm etoksyzyny, substancji od wielu lat zabronionej przy wytwarzaniu żywności dla ludzi, o niewątpliwie rakotwórczym działaniu, jest dowodem działania na szkodę konsumentów? Nikt nie podejmie się tego udowodnić, bo po pierwsze – trzeba by poddawać się jej działaniu przez lat dwadzieścia z okładem, by znaleźć statystyczne potwierdzenie kancerogenności etoksyzyny (a większość psów, niestety, i bez niej nie dożywa tego wieku), a po drugie – są produkty lub technologie znacznie bardziej sprzyjające nowotworom, a dozwolone (choćby wędzenie). Czy karmienie psa od czasu do czasu wędzonką jest zabójcze dla jego zdrowia?

Argumentacja ta ma, w przybliżeniu, tylu samo zwolenników co przeciwników, i jest to oczywiste, gdy nie można arbitralnie rozstrzygnąć, co jest dla psa mniej szkodliwe (bo o to przecież chodzi). Zwolennicy karmienia naturalnego powołują się na to, że pies i jego przodkowie przez tysiąclecia jedli tak właśnie i jak widać, niezbyt im to szkodziło. To prawda. Ale nie jest to argument wystarczający – przez tysiąclecia człowiek i jego przodkowie nie pili kawy, ale nie jest to argument na rzecz tezy, że kawa szkodzi!

Wróćmy jednak do książki: głębokie przekonanie Autorki sprawia wprawdzie, że często zbytnio zapala się w, delikatnie mówiąc, zaangażowaniu emocjonalnym w argumentację – ale żadnej z analiz podanych w książce nie można zaprzeczyć. Niestety, wnioskom czasami można, bo bywają one, powiedzmy, dość naciągane, ale z pewnością nie są fałszywe! To co odróżnia BARF od karmienia naturalnego w potocznym tego słowa pojęciu to konieczność starannego i codziennego bilansowania dawek pokarmowych, i tu Autorka jest znacznie mniej fundamentalistyczna niż twórca BARF. Czy zatem jest to jeszcze BARF? Nie wiem, moim zdaniem nie – ale granica jest tu tak płynna, że to może ona ma właśnie rację, a przyznać trzeba że na całym świecie hasło BARF przyczynia się do wzrostu sprzedaży produktów tak oznaczonych, także i książek… I bardzo dobrze!

Trzeba jednak koniecznie podkreślić, że w książce tej Autorka zgrabnie rozprawia się z kilkoma boleśnie pokutującymi mitami o żywieniu psów – jak choćby o tym, że wieprzowina jest szkodliwa dla Azora, a najlepszy jest królik, że większość naszych pupili jest uczulona na białko kurczaka, że (zgodnie z wskazówkami dr Billinghursta) surowe kości powinny stanowić od 40 do 80% masy posiłku (sic!). Psy Autorki utrzymują ten wskaźnik na poziomie 20%, i bardzo to sobie chwalą. Czy to jeszcze jednak klasyczny BARF? Nie wiem…

Pomimo dość mylącego tytułu zalecam tę książkę wszystkim tym, którzy myślą przy napełnianiu psiej miski. Czasami czytelnikowi bez wykształcenia medycznego czy biologicznego trudno przebrnąć przez terminologię (zwłaszcza w ciekawym rozdziale Mięso), ale warto spróbować. Zalecam ze wszech sił – nawet gdy po lekturze wrócimy do wsypywania granulek z worka.

Małgorzata Olejnik „Pies na diecie BARF”, ISBN 978-83-283-2520-3, Wydawnictwo Helion SA, Gliwice 2016

Copyright for text (C) by Adam Janowski