Der Hund, nr 7/2016

Der Hund, nr 7/2016

Najnowszy numer jednego z najstarszych pism kynologicznych u naszych sąsiadów poświęcony jest w zasadniczej części airedale terierowi, oczywiście pod tytułem ‘Król terierów’ Ciekawostki z 8-stronicowego materiału też są – oto wszyscy rozpisują się o służbie airedale w armii brytyjskiej podczas I wojny światowej – a okazuje się (tak przynajmniej pisze autorka, Regina Kasmayr) że pierwsze szlify w armii airedale zdobył 15 lat wcześniej, użyty przez Anglików podczas chińskiego powstania bokserów, a nieco później przez Rosjan w wojnie rosyjsko-japońskiej. Warto zauważyć, że przy omawianiu zdrowia airedale autorka podała, że w Niemczech dla reproduktorów tej rasy obowiązkowe są badania w kierunku dysplazji biodrowej, dysplazji łokciowej i PRA, zaś w populacji airedale stosunkowo często występują nowotwory skóry i niedoczynność tarczycy.
Tradycyjnie obyczajem redakcji artykuł monograficzny uzupełniony jest o krótką ankietę wśród właścicieli, ale także o wypowiedź szkoleniowca-psiego trenera ( w tej roli Perdita Luebbe-Scheuermann, WWW.hundeakademie.de ). Opisuje ona airedale jako wytrzymałego psa służbowego, odważnego, o rozwiniętym instynkcie terytorialnym, stosunkowo pobudliwym acz opanowanym, o zachowanym instynkcie myśliwskim i właściwej wszystkim terierom pewnej dozie samowolności. Poleca psy tej rasy dla osób akceptujących pewne niewygody życia codziennego i trudności w szkoleniu, za to zainteresowanym związkiem opartym na inteligencji psa, a nie na ślepym posłuszeństwie.
Drugi appendix to komentarz sędziego-doradcy hodowlanego, którym tym razem jest niezmiernie popularny Jochen H. Eberhardt, który niestety w swych uwagach nie wyszedł poza ogólne truizmy.

Kolejny artykuł, to rozważania praktyczne szkoleniowca – Christiny Bennerscheid – która uczy psa opanowania przy oczekiwaniu na posiłek i nie podejmowania pokarmu z ziemi na spacerze. Koniec ‘bufetów’!

Katrin Heimsath, szkoleniowiec, przestawia na 6 stronach nową – przynajmniej w spojrzeniu całościowym nową – metodę szkolenia psów z wykorzystaniem naśladownictwa. Opierając się na badaniach Adama Miklosi i Claudii Fugazza autorka twierdzi, że metoda ta przynosi olbrzymią oszczędność czasu w przyswajaniu sobie nowych umiejętności przez psa w porównaniu z metodą klikerową. Metoda naśladownictwa, nazwana tu Do As I Do, jest szczególnie przydatna w szkoleniu psów asystujących niepełnosprawnym. Podporą dla osób, chcących zapoznać się z tą metodą jest książka C. Fugazzi zatytułowana oczywiście Do As I Do, wydana dwa lata temu przez Dogfriend Publishers.

Kolejny artykuł to rozmowa z austriackim genetykiem populacji, dr Irene Sommerfelsd-Stur, o tym, dlatego tak trudno znaleźć dobrego hodowcę psów. Okazuje się, że narzekanie na spadający poziom wiedzy, odpowiedzialności i rzetelności hodowców psów jest nie tylko polską specjalnością. Niezbędną częścią artykułu jest wykaz ’13 najczęstszych grzechów w hodowli psów’ ( ten tekst znajdziesz TUTAJ – KLIKNIJ!).

Artykuł informacyjny o zasadach podroży psów przez Europę jest dość interesujący, bo praktycznie każdy z krajów europejskich ma inne zasady wwozy zwierząt, zwłaszcza psów ras bojowych i niebezpiecznych. I tak:
Holandia – bez ograniczeń,
Norwegia – zakaz wjazdu pit buli, American staffordshire terierów, Fila brasileiro, tosa inu, Dogo argentino i wilczaków czechosłowackich. Na granicy obowiązek zgłoszenia służbom celnym psa, odrobaczonego przez lekarza weterynarii przeciwko tasiemcom minimum 24 godziny a najdalej 120 godzin przed stawieniem się na granicy.
Szwecja – obowiązek przedstawienia psa i jego dokumentów służbie celnej oraz obowiązek prowadzenia na smyczy w miejscach publicznych o 1 marca do 20 sierpnia,
Dania – dodała do tej listy także Boerboela (ale pozostałe rasy, z wyjątkiem pitbula i tosy – mogą wjechać do Danii, jeśli są w posiadaniu tego samego właściciela (jadącego wraz z psem) od minimum 17 marca 2010) Dodatkowo przepisy określają dla ras bojowych obowiązek noszenia w miejscach publicznych kagańca i chodzenie wyłącznie na smyczy, nie dłuższej niż 2 m, wstęp psa na plaże dozwolony jedynie pomiędzy 1 października i 31 marca, bezwzględny obowiązek prowadzenia psa na smyczy w lesie.
Włochy – obowiązuje kaganiec i smycz, z wyjątkiem niewielkich psów noszonych na rękach,
Francja – nie zezwala na wjazd ras, umieszczonych na liście psów bojowych, ale dodatkowo podzielono je na dwie grupy wedle typu psa: i tak boerboel i mastify oraz psy w tym typie (kategoria I) nie mogą wjeżdżać na urlop do Francji, pozostałe psy ras bojowych teoretycznie mogą wyjeżdżać do tego kraju, jeśli mają rodowód FCI (rottweilery i psy w typie rottweilera), wymaga to jednak specjalnej zgody władz francuskich, zachowania dość ostrego reżimu zachowań w miejscach publicznych (kaganiec, smycz nie dłuższa niż 150 cm), rodowodu wraz z wpisanymi danymi właściciela, który jako jedyny może wwieźć psa do tego kraju ora szczególnego, wysokiego ubezpieczenia NW.
Najgorzej jest w Austrii, gdyż tam przepisy regulujące zachowanie zwierząt wydają poszczególne gminy, i nie ma jednoznacznych zasad obowiązujących w całym kraju – z wyjątkiem bezwzględnego zabezpieczenia psa podczas podróży autem (klatka lub pasy), podobnie jest w Niemczech i Szwajcarii. (Do tego kraju obowiązuje zakaz wwożenia psów z ciętymi uszami lub ogonem).
Doprawdy, trudno się w tym wszystkim połapać i – zgodnie z sugestią autorki artykułu, p. Leny Schwarz, najlepiej zawczasu skontaktować się z przedstawicielstwem dyplomatycznym lub turystycznym kraju, do którego chcemy się wybrać ze swym pupilem.

W felietonie ‘Ostrym piórem’ trener Normen Mroziński, znany z bloga, jaki prowadzi pod pseudonimem Nomro, zastanawia się, jak częste są sytuacje, w których to nie człowiek wychowuje/szkoli psa, lecz odwrotnie, poddaje się gruntownemu szkoleniu przez psa. W efekcie szkolenie pozytywne zmienia się w użycie mega- a później i giga-smakołyków, Aż wzmocnienie pozytywne bezmała staje się celem samym w sobie, trwa po wielokroć dłużej niż samo zachowanie, jakie ma nagradzać, co prowadzi prostą drogą do lekceważenia przez psa poleceń.

Kolejne 5 stron poświęcone jest tematowi dysplazji biodrowej – i choć na ten temat nigdy dość, to czasami przydałoby się nieco więcej lub cokolwiek nowego. Warto jednak zauważyć zestawienie metod leczenia (lub powstrzymywania) dysplazji, obejmujące akupunkturę, podawanie środków przeciwbólowych (dłuższe jest zagrożeniem dla żołądka, wątroby i nerek), kuracja kortyzonowa, przystawianie pijawek (zwłaszcza w miejscach wykorzystywanych przez akupunkturę), zabiegi chirurgiczne (sztuczny staw biodrowy, usuniecie główki kości udowej, usunięcie nerwów, odpowiadających za uczucie bólu (denerwacja), akupunkturę złotymi igłami, homeopatię, masaże lecznicze, zmiany żywieniowe (suplementacja chondroprotetyków), fizjoterapię i fitoterapię (sproszkowane owoce głogu, czarciego pazura). Konia z rzędem jednak temu, kto w tym artykule znajdzie jakikolwiek konkret, oprócz generalnych zapewnień, że metoda taka a taka – tu wstawić nazwę – bywa skuteczna.

By zostać przy medycynie – dr Olivier Dietrich w serii „Przypadki z praktyki” opisuje leptospirozę, przy czym jest to kompetentny wykład, uzupełniony rozsądną tabelką podającą ogólne info o chorobie, objawy, sposoby diagnozowania, leczenia i ewentualne prognozy wyleczenia.

Dr Jennifer Nehls opisuje – ważne z punktu widzenia hodowcy – problemy stomatologiczne i szczeniąt i młodych psów: przetrwałe zęby mleczne, nadmierną liczbę zębów mlecznych i/lub stałych, zbyt wąskie ustawienie kłów, raniących podniebienie, tworzenie się płytki nazębnej i kamienia nazębnego oraz tego konsekwencje. We wnioskach – uczyć szczenię od pierwszych dni poddawania się myciu zębów, uzupełniać psią dietę o kości cielęce lub drobiowe (surowe!), oferować psu specjalne paski lub gryzaki czyszczące zęby (okazuje się, co było dla mnie nowością, że w procesie produkcji są one uzupełniane o dodatkowe enzymy, mające silne działanie przeciwbakteryjne).

Krótkie portrety trzech ras ‘śródziemnomorskich’ – cane corso, dalmatyńczyk, podenco ibicenco – stanowią dość pobieżną, ale rzetelną charakterystykę owych ras.

Na zakończenie – zgodnie z modą i praktyką niemieckiej kynologii obszerny reportaż o niemieckiej „psiej położnej”, który przeczytać można z prawdziwą zazdrością. Choćby taki fakt: bohaterka reportażu nie ogranicza się do pomocy przy porodzie; w zakres jej zadań wchodzi np. wizyta u ciężarnej suki (w tym wypadku buldożki francuskiej) wraz z przenośnym aparatem usg, pozwalającym nie tylko potwierdzić ciążę, ale i jej stan i liczbę płodów. Gdy przypomnę sobie te warszawskie poszukiwania i kolejki do diagnostyka z usg zaczynam zazdrościć mieszkańcom Nadrenii. Oczywiście, sama fachowa pomoc w porodzie jest głównym zadaniem bohaterki i nie ma tu mowy o znanym nam z polskiej praktyki nie odbieraniu telefonów w nocy przez umówionego położnika. Położna, rzecz jasna, nie jest w prawie i mocy np. dokonać cesarskiego cięcia, ale kwestia zapewnienia odpowiedniej pomocy chirurgicznej to już jej problem, a nie sfrustrowanego przebiegiem zdarzeń hodowcy. Warto zauważyć, że jej usługi są w dużym stopniu finansowane przez firmy ubezpieczeniowe, które na podstawie polis zawieranych z hodowcami ponoszą wszelkie ekstra koszty medyczne hodowli (jest to ubezpieczenie dobrowolne, kosztujące w Niemczech – w zależności od ubezpieczyciela, zakresu ubezpieczenia i granicy świadczeń finansowych – od 100 do 320 euro rocznie od każdej suki w hodowli. Niestety, żadna z firm ubezpieczeniowych w Polsce nie oferuje takich polis.)
W zakres usług położnej wchodzi także nadzór nad nowo urodzonym miotem, najpierw osobisty (trzy wizyty w ciągu czterech dni po porodzie), później już tylko telefoniczny, w charakterze doradcy na każde żądanie. Położna nie jest w żadnym wypadku lekarzem weterynarii (a szkoda), ale ma średnie wykształcenie kierunkowe i prowadzi normalną działalność gospodarczą, zazwyczaj prowadząc 6-7 ciąż miesięcznie. Wprowadzenie takiej kompleksowej opieki nad ciężarnymi sukami byłby ze wszech miar pożądane w Polsce i może zlikwidowało by nieco frustrację bezrobotnych lekarzy weterynarii w dużych miastach – lecz jej koszt byłby w naszych warunkach nie do udźwignięcia przez hodowcę. Bez przekonania firm ubezpieczeniowych i rozpropagowania ich usług nie ma o tym, niestety, mowy.

Copyright for text © by Adam Janowski