Znacząca mania Belgów

Znacząca mania Belgów

Zakończona w niedzielę Europejska Wystawa Psów w Brukseli była pod niektórymi względami zupełnie inna od dotychczasowych wystaw kontynentalnych czy światowych. Niestety, porównania te nie wypadają dla belgijskiej wystawy korzystnie.
Wróciło znów fundamentalne pytanie: dla kogo są organizowane wystawy psów? Sama nazwa sugeruje, że najważniejsi powinni być widzowie. Tymczasem w najlepszym wypadku były to zawody psów, a z pewnością nie pokaz, arena rywalizacji a nie prezentacji!
W Brukseli, jak w Moskwie, każdy wchodzący na teren wystawy był sprawdzany wykrywaczem metali przez zwiększoną ochronę, co w zasadzie nie powinno dziwić – po zamachach terrorystycznych wiosna nadal w całej Belgii obowiązuje stan podwyższonej gotowości, a po ulicach chodzą patrole wojskowe z długa bronią. Takie same posterunki wojskowe i policyjne stały przed wjazdem na wystawę i czujnie śledziły wszelkie samochody, jakie wjeżdżały na sam teren EXPO. Jak przyznała się mi mila panienka w brukselskim centrum informacji turystycznej, ona nie wie nic o wystawie, bo „staramy się nie nagłaśniać imprez masowych ze względu na niebezpieczeństwo zamachu”. W efekcie znacznie dłuższa kolejka stała do wystawy o Harrym Potterze, odbywająca się nieopodal, niż na Europejską Wystawę Psów. Jak przyznał się, absolutnie nieoficjalnie, szef skromnie działającego Biura Prasowego wystawy wizja zamachu bombowego miała znaczący wpływ na program i ogląd imprezy.

Moim skromnym zdaniem to tylko dość nieudolne tłumaczenie, co postaram się wykazać:
Po pierwsze: o ile mogę jeszcze zrozumieć unikanie reklamy wystawy, o tyle oplakatowanie miejskich latarń rzeczywiście ładnym zaproszeniem na wystawę jakoś się z tym kłóci. Nie przygotowanie informacji o wystawie dla centrum informacji turystycznej wpasowuje się w program „nic nie mówimy”, ale kilkuminutowe wstawki w trzech rozmaitych programach telewizji lokalnej nie pasują do tego obrazu. Niekonsekwencja? Podejrzewam raczej, że zwykła nieudolność i brak pomysłu na zadania imprezy..

Po drugie: skoro już ktoś dotarł na wystawę, to można by mu zaproponować jakiś pomysł na spędzenie na niej czasu – choćby przez zorganizowanie czegokolwiek na głównym ringu przed rozpoczęciem BiS-ów. Nie mówię, że musiałaby to być feeria pokazów i zabaw, jak miało to miejsce w w Mediolanie czy Oslo choćby, o wystawie Crufta już nie wspominając – ale wygaszenie świateł na głównym ringu od rozpoczęcia imprezy do czasu rozpoczęcia BiSów wydaje mi się marnotrawstwem i czasu, i okazji. I pieniędzy przy okazji. Szczytem lekceważenia uczestników było zorganizowanie uroczystego OTWARCIA imprezy w kilka godzin po zakończeniu sędziowania w ringach w piątek.

Po trzecie: oddanie całości programu towarzyszącego imprezie w dłonie (i z pewnością – w budżet) firmy Royal Canine sprawiło, że owego programu po prostu nie było. Owszem, codziennie od piątku do niedzieli o godzinie 13.30 na stoisku RC organizowano spotkanie nt żywienia psów, ale było ono przez trzy dni taką samą trwającą około kwadransa pochwałą nowych produktów firmy. I nic więcej!!! Był za to obficie zaopatrzony bufet dla VIPów, z szampanem , smakołykami, daniami na ciepło – a VIPów było co niemiara, kilkaset osób! (nie licząc sędziów i zaproszonych gości z krajowych związków – ci mieli swą własną sale restauracyjną wydzieloną z ringu honorowego). Oferta restauracyjna – jeszcze obfitsza i jeszcze bardziej procentowa. I była to jedyna część ringu honorowego, na której coś się działo już od 10 rano!

Ktoryś z wystawców skomentował to dość zjadliwie, że owa wystawa pokazała najdobitniej dla kogo są organizowane takie imprezy: dla widzów nie, bo wszelkimi sposobami stara się ukryć przed nimi jej fakt, dla wystawców – po części, bo ktoś musi za cały ten jarmark zapłacić, ale nie jest to część znacząca, dla VIPów i sędziów – jak najbardziej tak. Tylko co to na wspólnego z propagowaniem kynologii? Stoiska poszczególnych klubów ras były w liczbie nad wyraz skąpej, nawet nie wszystkie rasy belgijskie dochrapały się własnego boksu promocyjnego, stąd znalezienie informacji o mastifie belgijskim (tak, tak!) było co najmniej trudne, jeśli w ogóle możliwe, a o pappilionach/phalene czy bichonkach nie było żadnej informacji. Owszem, można było zasięgnąć języka o schipperke, ale wynikało to jedynie z zaangażowania władz klubu rasy. Prezentowano nawet bouviery des Ardennes, ale oprócz wzorca nie sposób się było doprosić jakiejkolwiek informacji… Widzowie w piątek mogli obejrzeć te psy, ale już w sobotę czy niedzielę? A po co?

A propos stoisk – rozbicie wszelkich stoisk handlowych na 5 hal sprawiało, że nie rzucał się w oczy fakt, że było ich niewiele (9 czy 10 dojechało z Polski) a oferta co najmniej skromna, za to w prawdziwie brukselskich cenach. Nie było stosika ani jednego pisma, a przecież w samej Belgii wychodzą 4 czasopisma kynologiczne, honor wydawców ratował Our Dogs, ale firma ta, jako sponsor medialny, uczestniczy we wszystkich dużych imprezach tego typu na świecie, od Waszyngtonu po Władywostok. Nie było wytwórców sprzętu do szkolenia, wydawców książek, ofert szkół szkoleniowych, nawet producentów osprzętu weterynaryjnego. Nie było prawie nic. W zasadzie nie powinienem się dziwić, bo przecież skoro odstręczano widzów – potencjalnych nabywców to i sprzedający musieli sobie przekalkulować i wycofać się z imprezy…

W efekcie wystawa była – paradoksalnie – bardzo udana i dla psów, które mialy przestronne ringi i żadnych kłopotow ze znalezieniem miejsca na kojec przy samym ringu, i dla wystawców, którym nie przeszkadzali widzowie (na każdym ringu podczas oceny nie było najmniejszego problemu ze znalezieniem miejsca na ograniczających ring ławkach), i z pewnością dla sędziów i organizatorów. Na wystawę przyjechało prawie 12 tysięcy psów z całego świata, w znaczącej części – pięknych, godnych podziwiania. Dlaczego zatem sarkam?

Dlatego, że chciałbym, by wystawy wróciły do swych pierwocin, do pokazów, do roli przybliżania kynologii osobom jeszcze nią nie zarażonym. By na wystawie można było coś zobaczyć, a nie tylko snuć się po przestronnych a pustych halach w oczekiwaniu na finały. By można było się przekonać, na czym polega agility, na czym IPO, na czym dog dancing czy obedience, by można było kupić na wystawie trymer nie tylko jednej firmy albo karmę nie tylko jednej z trzech firm, by można było jeszcze wiele innych rzeczy, które dotychczas na wystawach tej rangi (ale i dużo mniejszych!) można było. A w Brukseli nic z tego!

PS. Belgowie robią wrażenie opętanych manią siusiania. Do słynnego pomnika Mannequin Pisa dołączyła rzeźba siusiającej dziewczynki (zbierająca na badania onkologiczne) oraz postument siusiającego psa (na zdjęciu), doskonale – moim prywatnym zdaniem – oddający cały stosunek organizatorów do imprezy. Z wyjątkiem VIP-ów i sędziów, bo tych nie olewano.

Adam Janowski

Copyright for photo by Elżbieta Bogusławska-Przybysz

I kilka zdjęć z finałów